Uważnie z bólem…

7 listopada 2018

„Obecnie piszę tę książkę o bieganiu. Spotykam się z biegaczami, przeprowadzam z nimi wywiady. Teraz jeszcze biegać nie mogę, ale mogę o bieganiu myśleć i rozmawiać. Przesypiam noc. Przemierzam pieszo coraz dłuższe dystanse. Mniej kuleję. Powoli buduję swoją formę. Jestem szczęśliwa. Czekam z ciekawością, jak dopełni się ta historia z biodrem, bo to jeszcze nie koniec. Wiem też, że nie ma takiej przeszkody na mojej drodze, której nie dam rady obejść. Nie ma takiej siły, która byłaby w stanie mnie powstrzymać przed tym, do czego dążę i o czym marzę. Często zastanawiam się, dlaczego bieganie nęci mnie tak bardzo. Może dlatego, że w ten sposób mogę zrobić coś dla siebie, najzupełniej sama, według swoich pragnień; mogę pobiec, kiedy mam na to ochotę; mogę udać się w dowolnym kierunku; mogę poruszać się szybko albo wolno; mogę nadawać temu mój własny rytm, zmieszać się z wiatrem, deszczem, mrozem, upałem; mogę czuć siłę albo słabość ; mogę układać swoje plany, odpowiadać na ważne dla mnie pytania. Biegnąc, mogę też nie myśleć i nic nie czuć. Poza tym fascynuje mnie różnorodność napotykanych krajobrazów, osobliwości pór roku, dnia, jak również ta młodzieńcza witalność, jaką napełnia człowieka bieganie. Tak więc kiedy mogłam, biegałam. Obecnie spaceruję, pływam, jeżdżę na rowerze, będę wspinać się po górach. Ale wiem, że znowu pobiegnę. Ważne, by nigdy nie tracić nadziei.”

Bardzo bliskie mi są te słowa, szczególnie dziś.

To cytat o mnie, z mojej książki o biegaczach i o bieganiu – „Czerpać radość z biegania”, którą napisałam kilka lat temu.

Kilka lat temu, kiedy byłam po artroskopii biodra. Zabiegu, który według lekarza, nie dawał mi żadnych gwarancji na spektakularną poprawę czyli eliminację bólu.

Wiedziałam na co się decyduję… ceniłam jednak tego lekarza za to, że jako jedyny wówczas, spośród dwunastu z jakimi zdecydowałam się konsultować mój przypadek, zdecydował się na ten zabieg.

Owszem, zabieg ten nie dał mi jakiejś spektakularnej ulgi. W zasadzie każdego dnia przez kolejne 6 lat żyłam z bólem. Ale dał mi 6 lat życia według mojej agendy.

Często słyszałam i słyszę słynny cytat: „Co nas nie zabije to nas wzmocni”…

Hm… bardzo nie lubię tych słów. Nie rezonują jakoś ze mną.

Dziś kiedy czytam powyższe słowa z mojej książki to są wciąż bardzo aktualne dla mnie.

Wówczas rzeczywiście nie wiedziałam co się wydarzy, jak to wszystko się potoczy, jak to się będzie dopełniać.

Jak mijały mi te lata?

Ciekawie dla mnie.

Często wiele osób pytało mnie jak można żyć z bólem?

Można. Konkretnie ja mogłam.

Bardzo dużo pomogła mi praktyka Mindfulness czyli uważności.

Pomagało mi „ogarnianie” każdej chwili z osobna. Zadbanie o każdą z nich.

Moment po momencie.

Pozwoliła poukładać głowę, która miała ogromne znaczenie jak i to co się w niej pojawiało.

Były lepsze i gorsze dni. Były też bardzo złe. Ale i bardzo fajne.

Te kilka lat nie było nudne i monotonne dla mnie.

Wręcz przeciwnie – żyłam aktywnie, realizowałam swoje plany i marzenia na miarę moich możliwości i okoliczności w jakich funkcjonowałam.

Czy chciałam robić inne rzeczy? Jasne, że tak. Ale nie zawsze to co chciałam szło w parze z tym co mogłam.

Dziś wiem, że wielu rzeczy bym nie doświadczyła, spróbowała, dotknęła,wielu miejsc nie odwiedziła, wielu wspaniałych osób nie spotkała, gdyby nie mój ból.

Wybrałam się i wspięłam na Kilimandżaro. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mojego lekarza kiedy mimochodem mu o tym wspomniałam.

Jeździłam intensywnie na rowerze.

Przejechałam wyprawę rowerową w Dolinie Śmierci – 650 km w 5 dni.

Po co ?

Bo miałam marzenie przebiec tam kiedyś ultramaraton.

Biegać już nie mogłam, więc z uporem maniaka sprawdzałam i szukałam co mogę w tej Dolinie Śmierci zrobić sportowego.

Przyszedł pomysł na rower.

Trenowałam rok, przygotowując się do tej wyprawy, w szczególności budując swoją wytrzymałość. Jazda na rowerze nie była tak ciężka.

Za to moment zejścia z roweru po kilku godzinach jazdy i regeneracja potrafiły dać w kość.

Najtrudniejszy był moment kiedy musiałam przestać biegać bo najzwyczajniej nie dawałam już rady z powodu bólu.

Trudny był czas oswajania tych okoliczności.

Długo nie miałam na to zgody. Długo szukałam alternatyw, które dawałaby tę radość z biegania.

Próbowałam różnych rzeczy. Nie było nic… Absolutniec nic…

Czarna dziura…

Nigdy jednak nie zadałam sobie pytania: „Dlaczego ja?”

Żyłam – chwila po chwili. Lepiej i gorzej.

Robiłam swoje. Odkładałam czas operacji na kolejny czas, za miesiąc, za rok, za dwa lata, na moment, kiedy tak zaboli, że nie będę miała wyjścia.

Ciągle jednak poszukiwałam nowych, przeróżnych sposobów na radzenie sobie z bólem, na zmniejszanie go. Rehabilitowałam się. Ulga była na dwa, trzy dni.

Czy udawało się go zmniejszać? Czasami, na chwilę. Kto był blisko mnie widział jak ból potrafił dać mi się we znaki.

Ja, która trenowałam jak szalona, ja maratonka, nie byłam chwilami w stanie bez bólu przejść 100-200 metrów.

A z drugiej strony wdrapałam się na Kilimandżaro, zawinięta w bandaże elastyczne.

 Przejechałam rowerem Dolinę Śmierci. To była wyprawa życia i podróż w głąb siebie.

Skąd człowiek czerpie tę nieprawdopodobną motywację, siłę, witalność?

Dziś myślę, że mnie ta siła przychodziła z medytacji, z regularnej praktyki uważności.

Mój ból wcale się nie zmniejszał, ale ja zaczęłam jakoś inaczej odpowiadać na niego.

Próbowałam różnych praktyk, różnych medytacji. Dużo eksperymentowałam.

Długo by pisać. To na osobny wpis lub rozdział mojej książki.

 

Ostatni rok był dla mnie dużym wyzwaniem i punktem zwrotnym.

Przeszłam dwie operacje. Mega trudne, skomplikowane i długie.

Nie taki był plan.

Znów mnie życie zaskoczyło, choć nigdy nie powiedziałam, że wystawiło na próbę.

W zamian, dało mi czas, przestrzeń na eksplorowanie siebie, swoich doświadczeń.

W tym pędzącym świecie, gdy wszystko musi się dziać szybko, intensywnie według agendy, moje zdrowienie wcale tak nie szło.

Moja mantra jaka przyszła mi do głowy po drugiej operacji jest następująca: „Jeśli chcesz koniecznie planować, to zaplanuj sobie, że życie się zaskoczy.”

Z jednej strony to był dla mnie bardzo trudny czas, z drugiej zaś bardzo piękny i potrzebny.

Wiele czasu na refleksję, na myślenie, na czytanie, na medytację.

Nie buntowałam się. Nie walczyłam z tym co się wydarza, choć nie wszystkie chwile i dni były dla mnie łatwe i przyjemne.

Bywałam też trudna w obcowaniu z innymi. Ale wytrwali przy mnie. Myślę o tych osobach z wdzięcznością.

Doświadczyłam jak bardzo akceptacja jest wspierająca. Akceptacja tego co niesie życie.

Uczyłam się jej, uczyłam się cierpliwości, przyjmowania pomocy, brania tego co inni chcą mi dawać, odpuszczania sobie, spokoju, nie poganiania siebie.

O tym wszystkim wiedziałam ze wcześniejszej praktyki Mindfulness.

Jednak ten czas ostatnich 11 miesięcy był absolutnie czasem prawdziwego doświadczania tego wszystkiego na „żywym organizmie.” Uczenia się tego i uczenia się siebie.

Bardzo wyraźnie pamiętam też moment kiedy wieczorem czekałam na operację, kiedy rano byłam wieziona na blok operacyjny, kiedy czekałam na znieczulenie. Ten moment kiedy czułam się zależna i bezradna i byłam z myślą, że oto teraz powierzam komuś moje życie.

To są takie momenty kiedy człowiek jest absolutnie sam ze sobą, z tym co jest, czego doświadcza w swoich myślach, w swoich emocjach pomimo, że tak naprawdę nie jest sam.

To są te chwile, których zwyczajnie potrzebuje doświadczyć i przeżyć sam ze sobą.

Być świadomym tego co się dzieje w nas, w naszym ciele.

Mieć uważność na każde doznanie, na każdy oddech, każdą emocję było dla mnie bardzo pomocne.

Prawdziwe lekcje prawdziwego życia.

Jestem za nie bardzo wdzięczna.

Długo bym mogła jeszcze pisać…

Dziś kiedy to piszę żyję bez bólu. Jak będzie za jakiś czas, nie wiem.

Ale ważne jest tu i teraz.

Wraca mi moja energia, dynamika, mój tembr głosu, błysk w oku.

Cieszy mnie to co jest.

Mam nowe plany i apetyt na nowe rzeczy.

 

Ból jest bardzo indywidulnym doświadczeniem. Tylko osoba, która go doświadcza może być pewna jego obecności.
Uporczywy ból to jeden z trudniejszych problemów. Trudno go znosić i leczyć. Często zabiera witalność, radość życia, nasila lęk, wzmaga stres i frustrację. Powoduje wyczerpanie.

Często prowadzi do wyniszczenia człowieka na wielu poziomach.

Uporczywy ból może prowadzić wręcz do wykluczenia się z codziennego doświadczania życia i do izolacji.

Po prostu życie staje się trudne.

Doświadczając chronicznego bólu, tak naprawdę całe życie kręci się wokół bólu. Ból ma wpływ na samopoczucie.

Codzienne zmaganie się z bólem wymaga wiele wysiłku i odwagi.

Wiem to bo doświadczyłam tego.

Wiem, bo doświadczyłam, że może być też inaczej.

Wiem, że można pomimo bólu doświadczać dobrego życia. Może nie na 100% swoich możliwości i swojego apetytu, ale na miarę swoich możliwości i okoliczności w jakich przyszło nam się znaleźć.

To czego do tego potrzebujemy jest w nas.

 

„Pain is inevitable. Suffering is optional” – Buddha

2 komentarze

  1. Jola :

    Niech energia obfitości wszelkiego dobra przepełnia Ciebie, abyś mogła się nią dalej z nami dzielić, dziekuję

Napisz komentarz

Pola oznaczone gwiazdką są wymagane